Początek. Szlaczek. Diabełki

komentarze 3 komentarze

Cześć!

Tuż po tym, jak ogłosiłam uśpienie bloga na czas nieokreślony, z powodów opisanych w tekście Wdzięczność. Moda na słowa., wpadło mi do głowy proste rozwiązanie, umożliwiające publikowanie tutaj, przy jednoczesnym realizowaniu nowego, związanego z pisaniem, celu.
Od teraz większość Refleksyjnych Poniedziałków z instagramowej akcji lądować będzie na blogu, co jest o tyle naturalne, że zmieszczenie poniedziałkowych wywodów w x znakach, staje się coraz bardziej karkołomne.
Oczywiście z Instagrama akcja nie znika – będę tam umieszczać zapowiedzi haseł, które rozwinę tutaj, lub całość zwięzłych Poniedziałków, których istnienie dopuszczam. Tyle tytułem wstępu, czas na dzisiejszy temat:

 

Początek

Wciąż mamy styczeń , parcie na rozpoczynanie się od nowa jeszcze nie zelżało, więc myślę, że hasło dobrze pasuje do pierwszej odsłony Refleksyjnego Poniedziałku w zalążku lat dwudziestych obecnego wieku. Trzynasty dzień roku, drugi poniedziałek miesiąca. Czemu dopiero teraz? Bo przyłożyłam się do szlaczka.
Zaczynam z wysiłkiem. Biała, czysta kartka budzi we mnie prawie tyle samo obaw, co ekscytacji. Zjawisko dotyczy pisania, malowania, planowania i po części życia, chociaż ono, umówmy się, zawsze okazuje się trochę zaużywane.
Mimo uważności, notatników, podsumowań, odhaczonych list, zadań skreślonych bądź przepisanych na później i wręcz rozłożenia na litery i znaki interpunkcyjne poprzedniego rozdziału, w konfrontacji z czystą kartką, najczęściej czuję, że coś jednak wyskoczy, uruchomione pierwszym, świeżym śladem. Niezadzwoniony telefon. Nieodpisany mejl. Niespotkany człowiek. Diabełek z pudełka.

 

Diabełki

Diabełki z pudełek wyskakują z minimalnym, ale wystarczającym*, opóźnieniem. Zwykle w imieniu bzdurek, bo o sprawach ważnych raczej pamiętam, albo tego, co zajmowało mnie długotrwale. Bez względu na finał.
Ze dwa miesiące po zakończeniu ostatniej etatowej pracy, w niedzielne wieczory doznawałam nagłych ataków paniki w związku z nieprzygotowanym drugim śniadaniem na poniedziałek.
Czasem pudełko-niespodzianka bywa pomocne. Jedno skrywało rozwiązanie dylematu, skąd wziąć słowa na bloga w aktualnych warunkach. Mogę się założyć, że właśnie wspomniana w pierwszym akapicie decyzja o odłożeniu blogowania i ogłoszenie jej celem eliminowania rozgrzebanych wątków, sprowokowała diabełka do odpowiedzi.

 

Brak szlaczka

Nie wiem, jak to wyglądało u Ciebie, ale jeden z koszmarów mojej wczesnej podstawówki stanowiły szlaczki, którymi należało oddzielać poszczególne lekcje wąskoliniowego zeszytu. Zeszyty prowadziłam brzydko a szlaczki koślawo, co najprawdopodobniej było wypadkową pośpiechu, rozpaczy i mańkuctwa.

Pośpiechu- bo nie widziałam w tych czynnościach głębszego sensu.
Rozpaczy- bo choćbym nie wiem jak się starała i tak wychodziło krzywe i rozmazane, w dodatku nikt w starania nie wierzył, no bo niby jakim cudem to dziecko tak rysuje a z zeszytach stawia kulfony. Leń!
Mańkuctwa- bo weź i kaligrafuj szereg takich samych znaczków jeden po drugim, zasłaniając sobie ręką wzór. Kiedy o tym myślę, mam ochotę usadzić w ławce ceniące jednakowość babska z tamtego okresu i kazać im smarować szpalery identycznych esów floresów począwszy od prawego skraju kartki, co zapewne jest dobitnym przykładem nieprzepracowanych traum dzieciństwa. Tak, mam świadomość, że piszemy od lewej, więc babska były szafarkami mojego przyszłego, znaczy dzisiejszego, bogactwa w postaci umiejętności czytania i pisania**

 

Szlaczek

Potęgę szlaczków jako narzędzia pozwalającego na oddech, głębsze zastanowienie i nabranie sił do nowych wyzwań, odkryłam dopiero jako osoba dorosła. Jako kobieta w okolicy trzydziestki. Jako… babsko.
Teraz, kiedy nikt nie mierzy odstępów, nie narzuca wyglądu, częstotliwości i co najważniejsze, strony, od której należy zacząć, oddaję się szlaczkom bez reszty, co najmniej, jakbym chciała odzyskać bezpowrotnie utracone linijki.
Takim strategicznym, życiowym, szlaczkiem były ostatnie dwa tygodnie.
Bardzo zależało mi na początku roku bez spiny. Chociaż nie świętuję Sylwestra i daleka jestem od noworocznych ponownych narodzin, trochę się obawiałam, że mimo założeń dotyczących powolnego tempa, przerwy w mediach społecznościowych i w różnych aktywnościach w ogóle, jednak wpadnę w wir działań, który wypluje mnie z początkiem kwietnia, po wrocławskich targach.
Żeby pomóc sobie w dotrzymaniu obietnicy danej sobie, tuż przed końcem roku wyjechałam na wieś, uskuteczniać urlopowanie, gdzie odcięta od Internetu i sieci komórkowej czytałam, pisałam, bazgrałam, paliłam w piecu, obłaskawiałam diabełki, karmiłam koty i na odwrót.
Większą część urlopu spędziłam sama. Mierzyłam się z niecodziennymi zadaniami i emocjami, na które zwykle brakuje przestrzeni.
Zrobiłam pogłębione podsumowanie minionych 12-stu miesięcy, którego tym razem nie będę tu pokazywać.
Naszkicowałam wizję rozpoczynającego się roku, unikając pompy i ostrych cięć. Nastawiam się raczej na rozwój i kontynuację tego, co już w moim życiu istnieje, choć zmiany też będą. W bardzo dużym skrócie, wyszło na to, że:

Potrzebuję więcej

• pisania
• czytania
• kaw w kawiarni
• spotkań z ludźmi
• nauki
• nowych miejsc
• kredek
• filmów w kinie
• ruchu
• muzyki
• elastyczności
• równowagi
• porządku
• odwagi
• konsekwencji w działaniach
• ufności
• pieniędzy(hahaha)

Potrzebuję mniej

• gadżetów
• internetu
• sztywnych założeń
• pośpiechu
• fiksacji
• samotności(chyba- trudno to ocenić akurat teraz)
• obaw
• niezdecydowania
• teoretyzowania
• rezygnacji

Obie listy na pewno będą ewoluować i możliwe, że nawet wymienią się punktami. Na dzień dzisiejszy z całą pewnością mogę stwierdzić jedno: cieszę się z punktu, w którym się znajduję i pomimo wielu znaków zapytania dotyczących przyszłości i ogromu pracy, który mnie czeka, czuję się gotowa na przeżycie nadchodzącego roku najlepiej, jak potrafię. Tego samego życzę również Tobie.

Joanna

*Wystarczające opóźnienie to taka symboliczna minuta po odjeździe pociągu, który miał Cię zawieźć, powiedzmy do Gdańska, albo nie, lepiej do jakiejś pipidówy, bo do Gdańska to jeszcze pewnie coś złapiesz w ciągu kilku godzin, może nawet samolot, a do Twojej pipidówy odjeżdża raz w tygodniu, w sobotę. Osobowy. Ciuchciuch, ciuchciuch. Nie mam pojęcia, jak zapisać gwizd.

** Po głębszym namyśle odnajduję naukę pisania i czytania w zakamarkach domu przy ulicy Marteusa i wiążę z babcią Franią i ciotką Alą, więc tym samym przed analfabetyzmem zostałam uchroniona zanim poszłam do szkoły, gdzie wystąpiły babska. Żadnych szlaczków na Marteusa nie uprawiałam.

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Paulina
5 miesięcy temu

O rany, to moglaby byc moja lista, gdyby kredki zastapic zdjeciami 🙂

trackback

[…] W tym samym tekście ogłosiłam też uśpienie bloga na czas nieokreślony, chyba tylko po to, żeby za chwilę doznać olśnienia dotyczącego sposobu połączenia pracy nad książką i blogiem w jednej czasoprzestrzeni – klasyczny diabełek z pudełka. Więcej tym zjawisku przeczytasz we wpisie Początek. Szlaczek. Diabełki. […]

trackback

[…] Początek. Szlaczek. diabełki. […]

3
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x