Mam związane ręce. Blokady twórczego działania

komentarze 1 komentarz
mam związane ręce grafika

Cześć!

Z pewnością malowałabym teraz oszałamiające dzieło sztuki, zamiast siedzieć tu, za biurkiem i klepać w klawiaturę, ale:

  • siedem lat temu skończyłam ostatnią tubkę błękitu ceruleum,
  • światła jest mało
  • dni krótkie
  • pędzle wyleniały
  • od poniedziałku do środy siedzę w pracy
  • po pracy na nic nie mam siły
  • czwartek zaczynać, to jak wcale nie zacząć
  • farby olejne schną za długo, zresztą, już nimi nie maluję
  • wszystkie dzieła namalowali i malują inni
  • od dawna nie mam nic do powiedzenia w tej materii
  • więc mogę najwyżej siedzieć i zazdrościć.
  • mam związane ręce

Marzę co prawda o ilustrowaniu do prasy i za każdym razem, kiedy przeglądam nowy numer tego czy tamtego, pomysły wyłażą mi oczami, uszami i wypełzają nosem, jednak szybko pcham je z powrotem i przyklepuję łopatką, bo co tam takie moje pomysły.  Zresztą - nikt już tego odręcznie nie robi. Nikt, poza zacofaną mną.

Komputer przeżuwa przez 20 minut kęsy, łykane przez inne komputery z prędkością światła. To i tak jest bez znaczenia. Nie wiem, jak  zostać prasowym ilustratorem.

Noszę się z zamiarem poszukania informacji, jednak ich nie szukam. Na pewno odpowiedzieli by mi hahaha, co nam tu proponujesz za obrazki? Weź je schowaj, zanim ktoś zobaczy, idź do domu i naucz się rysować. O ile odpowiedzieliby cokolwiek.

Znasz to?

 

Twórcze działania.

Uwielbiam malować, pisać i szyć dla siebie. Wiem, co lubię, czym się interesuję i co potrafię.

Kiedy w przeróżnym materiałach, służących prowadzeniu za rękę na wyboistej drodze do samorozwoju, pada pytanie: co mogłabyś wykonywać za darmo? od razu wiem!

To, czym się zajmuję.

Nie muszę szukać pomysłu na zagospodarowanie wolnego czasu na kursach ceramiki, introligatorstwa, wolnomyślicielstwa  i wyplatania makatek.

Nie, żebym coś miała przeciw makatkom. Jako osoba nauczona przez babcię podstaw szydełkowania i robienia na drutach w okolicy szóstego roku życia, szanuję wszelkie aktywności rękodzielnicze. Inicjatywy edukacyjne też szanuję. Mimo szacunku przeczuwam, że mogłabym, gdybym zechciała, poczynić makatkę bez kursu. Nie chcę.

Żeby było jasne: nie jestem w każdym temacie taka wykształcona. Kupuję i przerabiam kursy z  innych dziedzin. Znam swoje słabości, że ho ho.

Znam, wiem, lubię, planuję, jestem świadoma.

Wyznaczam i realizuję cele, ale nie znaczy to, że cały czas działam płynnie z uśmiechem na ustach i wszystko mi się udaje. Że tak po prostu mam.

Nie mam.

Pomieszkuje we mnie cała gromada potworów nazywanych Blokadami Działania.

 

 

Moje blokady twórczego działania:

 

Nieodpowiednie miejsce i czas. Najlepsze pomysły przychodzą do mnie w pracy, kiedy powinnam koncentrować się na pracy(wow!). Nikt, nawet awangarda, nie chce rękawów wszytych do podkroju szyi.Te same najlepsze pomysły bledną, kiedy przebieram buty i w magiczny sposób znikają na trasie Wieliczka - Kraków.

 

Perfekcjonizm, o którym pisałam już w artykule Na ostatni guzik.

Wewnętrzny krytyk, treser bez serca. Proporcjonalny, gładki, piękny ludzik, usiłujący wywiercić dziurkę w każdym, ale to każdym moim przedsięwzięciu, jeszcze zanim ujrzy ono światło dzienne. Wywiercić, wleźć do niej, rozepchać się i przyklejać kartki z napisem ŹLE. A jeśli już zdarzy mi się go spacyfikować i jednak dojdzie do działania, wykrzykuje: Bardziej! Dokładniej! Więcej! No przecież tego nie pokażesz!

 

Skłonność do komplikacji.
Mam w zamiarze narysować ołówkiem najprościej jak się da stokrotkę na środku zwykłej kartki. Zanim jeszcze sięgnę po ołówek, czuję wewnętrzny przymus narysowania jej tak, ażeby sprawiała wrażenie żywej, prawdziwej stokrotki, którą będzie się chciało z tej kartki zerwać. Po drodze stokrotka odpada, jako mało spektakularna. Kartka też nie ta. O ołówku nie wspomnę. W rezultacie ląduję na płótnie z bukietem piwonii w wazonie. Wazon zdobiony jest fotorealistycznymi  scenami z Igrzysk Olimpijskich. Pod wazonem stół drewniany. Drzazgi wchodzą od samego patrzenia. Całość skąpana w blasku poranka i i pokropiona rosą.  Rosa taka, że chce się ją z obrazu spić, żeby nie powiedzieć: zlizać.
Ląduję czysto hipotetycznie bo:
a – nie maluję tego rodzaju martwych natur
b – nic nie wiem na temat Igrzysk Olimpijskich.

 

Brak czasu.

Mam kwadrans. Piętnaście minut. Co ja niby mogę narysować w minutę? Stokrotkę na kartce? Nie potrzebuję piętnastu kartek ze stokrotką. Godzinę. Cztery kwadranse dają 60 stokrotek. Jeszcze nie zwariowałam.

 

Wizja, żeby nie powiedzieć: wizjonerstwo.
Wyobrażenie powalającego dzieła korespondujące z tematem perfekcjonizmu i czasu.
Och, jak ona namalowała te Igrzyska Olimpijskie na wazonie! A ta rosa... rosa? Ależ to perlisty pot Olimpijczyków!
Zasłonimy tym Bitwę pod Grunwaldem w naszym lokalnym muzeum.
Ja pierdzielę, pięciuset stokrotek nie ma kiedy narysować ołówkiem na kartce, a tu się olimpiady zachciewa. Won na fotel, przeglądać gazety!

 

Porównywanie się do innych.
Mam na myśli porównywanie się w wyniku którego inni są bez wątpienia: mądrzejsi, lepiej przygotowani, bardziej elokwentni, ciekawsi, w sam raz.
Inni mówią językami ludzi i aniołów i ładniej rysują.
Młodsi. Ostatnimi czasy inni są zawsze młodsi.
Zazdrość, żal, poczucie niespełnienia?
W świecie instagramowych wnętrz, zamieszkałych przez piękne kobiety uprawiające monstery, wychowujące dzieci w szacunku do siebie i świata i zamieniających swoje pasje w biznes, dość łatwo o pewną dozę niepokoju.
Nieważne, że sama potrafię zrobić estetyczne zdjęcie, nawet jeśli poza kadrem stos prania czeka na poskładanie a kubki na biurku tworzą metropolię.
Nieistotne, że kilka tygodni temu otworzyłam własny Sklep Internetowy, w którym sprzedaję autorskie plakaty.
Nie liczy się to, że sklep postawiłam samodzielnie, tak samo jak stronę, której częścią jest ten blog.
Bezdzietna, po trzydziestce, brak monstery. Nie nadaję się.

 

To nie pasuje do reszty.
Jakimś cudem, mimo tych wszystkich trudności, posiadam rozbudowane portfolio. Nader często nowe pomysły miażdżę w zarodku z tej prostej przyczyny, że w jakiś sposób odstają. Nie mam uniwersalnej definicji odstawania. Raz temat, innym razem kolorystyka, kompozycja, technika... Bardzo skuteczny pretekst do niepodejmowania działań, szkoda tylko, że po drugiej stronie lustra czeka...

 

...Poczucie zjadania własnego ogona.
O, to wyjątkowo moje. Z jednej strony nie będę robić, nie pasuje, inne. Za chwilę ciskanie obrazkiem, gdyż znowu to samo – jak najbardziej.
Naturalnym biegiem rzeczy poszczególne motywy rozrastają się w serie. Coś tam powtarzam, dopracowuję, robię na nowo. W zasadzie, na logikę nie powinnam mieć pretensji o krążenie wokół danego tematu przez pewien czas i odświeżanie go, jeśli mam potrzebę.
Czy bronię sobie powrotów w innych dziedzinach? Czy każde danie gotuję tylko raz?
Wracam do filmów, książek, miejsc i jakoś nie ma, że Joanno, znowu park Bednarskiego, Woroszyłowgrad, tort czekoladowy i Czas Cyganów – jesteś wtórna i nudna.

 

Niedokończone dzieła z innych okresów twórczych.
Wstydliwy i bolesny przykład. Prawie trzy lata czeka na moje zlitowanie różowy trencz. Płaszcz zaprojektowałam, skonstruowałam, dopasowałam do siebie i swojego stylu życia(hahaha) i niemalże skończyłam. Jest przemyślany, wychuchany, dopieszczony, piękny i należy wszyć mu rękawy. Nie wyobrażasz sobie, jakim cieniem ów płaszcz kładzie się na wszystkich dziedzinach mojego życia. Nawet teraz jakby przygasłam.

 

Co ludzie powiedzą?
To zdanie było udręką mojego dzieciństwa. Słyszałam je często i od samego początku budziło we mnie instynktowny sprzeciw. Aktualnie, o ironio, bywam jego ofiarą. Jak by nie spojrzeć mam pewną grupę odbiorców i łapię się na filtrowaniu idei pod kątem czy to się spodoba.
Tort czekoladowy w dobie słodzenia daktylami, owsianych ciastek, jarmużu i jaglanego brownie. Zlituj się.

 

Rozpraszacze.
Nie tylko te najoczywistsze z oczywistych media społecznościowe zwane coraz częściej soszial midiami. Nie tylko współmieszkańcy. Nie tylko wspomniane  pranie, które, przeleżawszy spokojnie trzy dni w fotelu, akurat teraz domaga się składania. W kostkę. Wedle filmików instruktażowych z chińskiego bloga.
Nie tylko hałasy zza okna, kiedy inteligent chce pracować.

Przykład ostatniego tygodnia:

Miałam w zasięgu ręki całe trzydzieści stokrotek na zwykłych kartkach, więc postanowiłam zająć się tłumaczeniem i przyswajaniem słówek rosyjskich, ze stanowczo zbyt zawiłego tekstu. Usiadłam przy stole z zeszytem przeznaczonym na rosyjskie słówka i kserówką z zajęć. Już, już rozpoczynałam naukę, kiedy przypomniało mi się o takim zeszycie w linie i w którym to zeszycie zapisywałam słówka rosyjskie kilka lat temu i zapełniłam jedynie dwie strony, a ten zeszyt, co go tutaj przed sobą mam jest w kratką, a ja w zasadzie nie lubię zeszytów w kratkę, zwłaszcza do rosyjskiego.
Szczęśliwe po rzuceniu się w stronę regału, przejrzeniu trzech rozpoczętych i porzuconych zeszytów( w tym jeden do hiszpańskiego z ręcznie zdobioną okładką i etykietą español) i utracie jedynie czterech z trzydziestu potencjalnych stokrotek, zrezygnowałam z poszukiwań godząc się, chwilowo, z notatkami w kratkę.

 

Narzędzia nie te.
Nagła, silna potrzeba organizowania warsztatu pracy, czyli kupowania nowych kredek, farbek, szkicowników, flamastrów, tuszy, cienkopisów i zastrugaczki. Fakt, że mam to wszystko dawno zgromadzone nie ma znaczenia. Nie ruszę bez białej ekoliny i ołówka automatycznego 0,3. Trzeba jechać do sklepu.

 

Czekam na kuriera.
Czekam na kuriera, przecież mu nie otworzę zbryzgana farbą. Opcjonalnie: jestem umówiona o szesnastej a tu już ósma, co ja mogę? Albo jedno i drugie. No rozbity dzień. W dodatku czwartek. Ale ten czas zasuwa. Gdzie tydzień, miesiąc, ostatnie trzydzieści lat? Matko, prawie trzydzieści cztery! Trzeba działać, zanim będzie za późno. Spokojnie, oddychaj. Akceptuj siebie. Zmarszczki to mapa twoich wzruszeń. Peeling. Masaż twarzy jeżykami. Olej kokosowy na włosy. Czepek kąpielowy, ażeby dobroczynne składniki zyskały szansę wniknięcia w twoje łuski. Włosowe. No w te włosy, co je wysmarowałaś. Antyoksydacyjna maseczka z niebieskiej glinki. O k***a, kurier.

 

 

Cud.

Teraz możesz zapytać, jakim cudem jednak cokolwiek w życiu robię. Szczerze mówiąc, początkowo zamierzałam opisać tutaj moje sposoby na przezwyciężanie blokad. Opiszę je, ale nie w tym artykule. Myślę, że blokady same w sobie rozrosły się aż nadto.

Oprócz tego za półtorej godziny wyjeżdżam na Targi Plakatu i Ilustracji do Wrocławia. Wolałabym, żeby mój towarzysz, gdy po mnie przybędzie, nie zobaczył plastikowego wiaderka w którym umieściłam swoją garderobę wyjazdową na czas, zanim znajdę walizkę.

Trzymaj mocno kciuki za mnie na Targach! Introwertyzm i nieśmiałość - jeszcze jedna moja turbo-blokada. Niesamowicie stresuję się takimi wydarzeniami jak targi.

Zmykam. Wrócę w nocy, z niedzieli na poniedziałek. Mam ogromną nadzieję, że do tego czasu podzielisz się ze mną tym, co blokuje Ciebie.

Ja Ci powiedziałam!

 

Pozdrawiam Cię serdecznie,

 

Joanna

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] i zapomnę, co chcę przekazać, powiem tylko, że ten artykuł jest niejako kontynuacją tekstu Mam związane ręce. Blokady twórczego działania. Wtedy skoncentrowałam się na tym, co mnie blokuje i przeszkadza w działaniu, teraz parę słów […]