Kresy – kilka rozrzuconych obrazów

komentarze 9 komentarzy
kolaż cyfrowy obraz olejny w złotej ramce na tle desek i wylatujące poza ramkę chmury

Cześć!

 

Marzenia

Osobiście przejechałam most na Sanie w Jarosławiu. Ściślej - przeprowadziłam samochód przez most na Sanie w Jarosławiu, spełniając tym samym jedno z najdłużej tkwiących we mnie marzeń. Tkwiących tak długo, że przestałam mieć świadomość tkwienia. Metafizyczność przejazdu(osobistego) przez most na Sanie zalała mnie nagle, w trakcie. O rany, przecież chciałam tego od dziecka!
Po kolei. Wczoraj w nocy przywiozłam nas(siebie i mężczyznę pełniącego rolę pasażera, będącego zarazem właścicielem auta), żywych i niepokłóconych, z Kresów, od babci i jeszcze do siebie po tym zdarzeniu dochodzę, a to dlatego, że jestem pisklęciem kierowcy. O obawach i nadziejach występujących przed traktuje poprzedni wpis. No, z tymi niepokłóconym zafantazjowałam. Ściśle: żywych i pogodzonych.

 

Kresy

Moja mama pochodzi z Lubelszczyzny, więc siłą rzeczy na Kresy się u nas w domu jeździło od zawsze. Dzieciństwo miałam rozerwane między wiejską idyllą i niezrozumiałym miastem. Dorosłość niewiele w tej kwestii zmieniła. Ale, do brzegu, raczej - mostu. Z perspektywy dziecka trasa z Kraków - Siedliska Tomaszowskie jawiła się jako wielka, długa podróż, naszpikowana wstępowaniem*.

Po drodze jeszcze rzyganie albo aviomarin, tudzież jedno niezależnie od drugiego, tłuczenie się z bratem w przerwach od rzygania i ojciec, ikona cierpliwości(serio), raz na czas zatrzymujący samochód z komendą: uspokoicie się albo wysiadać**.

Kamieniami milowymi podróży były Rzeszów, przedsmak obiecanego raju(wciąż daleko) i most na Sanie(już niedługo). Charakterystyczny, ażurowy, wiecznie w remoncie. Raz na zawsze powzięte postanowienie, że jak będę dorosła, to nie będę rzygać i przyjadę sama.
O ile dorosłość jako taka niekoniecznie spełnia moje oczekiwania z tamtego okresu, o tyle osobiste przejechanie mostu na Sanie w Jarosławiu polecam z całego serca!

 

Wątki poboczne. Het i nazad.

Z nadzieją, iż ostatecznie wyczerpię wątek motoryzacyjny na tym blogu wspomnę jeszcze, że:

Jadąc het.

  • Najbardziej bałam się jazdy autostradą. Głównie tego, że będę się wlec, nikogo nie wyprzedzę, zatrąbią mnie na śmierć.
  • Początkowo wybrałam komfortową jazdę za tirem, po pewnym czasie zdecydowałam się tiry jednak wyprzedzać i wyprzedzałam, pomimo ogromnego stresu i drżenia asfaltu.
  • Wlokłam się, ale nie tak bardzo.
  • W zjechaniu z autostrady przeczuwałam kres stresu i początek przyjemności(co złego jeszcze może mnie spotkać?).
  • Przeczucie było mylące, jako że podkarpackie nawierzchnie oferowały masę zasadzek, nad którymi nie potrafiłam przefrunąć.
  • Zrobiło się ciemno.
  • W lasach zwierzęta, gotowe rzucić mi się pod koła przy byle okazji.
  • Na siedzeniu obok mężczyzna, gotowy rzucić mi się do gardła przy byle wertepku.

Jadąc nazad.

  • Dalej najbardziej bałam się jazdy autostradą.
  • W miejscowości Horyniec Zdrój na środku ulicy czekały dwa psy, szczęśliwie widoczne z wielu metrów, co pozwoliło mi na wstępie wykazać się czujnością, redukcją biegów i tym podobnymi.
  • Mężczyzna na siedzeniu obok jakby złagodniał, a ja nauczyłam się frunąć nad nierównościami w jezdni.
  • W praktyce oznaczało to, że włączyliśmy sobie płytę CCR, przy której nadzwyczaj swobodnie lawirowałam pomiędzy przeszkodami, uzyskując niezwykle przyjemny efekt prowadzenia rozbujanej gondoli.
  • Zmierzch dopiero zapadał, ruch był żaden.
  • Wyskoczyła mi raz sarna, przed którą wyhamowałam.
  • Uważam, że pytanie o to, co bym zrobiła, gdybym przejechała kota, było nie na miejscu.***
  • Pokochałam tłuczenie się po wsiach toyotą picnic. Wrócę!

 

Horyzonty

Dawniej uparcie deklarowałam, że nie lubię niespodzianek. Zmianom za złe miałam zakłócanie poczucia bezpieczeństwa. Demonizując nieznane, często sama sobie odbierałam możliwości rozwoju. Mościłam się w pudełku, nawet jeśli ograniczało ruchy, zasłaniało horyzont. Od jakiegoś czasu przestrajam się na nowe i mam świadomość konieczności i nieuchronności tegoż. Coś, jakbym prostowała, kawałek po kawałku, latami podkulany ogon. Proces bolesny i uwalniający, toczący się równolegle na wielu płaszczyznach.

 

Malarstwo i rysunstwo

Przez lata uprawiałam malarstwo olejne i byłam święcie przekonana, że nigdy w życiu żadne  farby mi oleju nie zastąpią! Nastawiona na jak najgładszy efekt będę siedzieć po turecku przy sztalugach i wylizywać te płótna do granicy obłędu. Wielbię olej miłością pierwszą i głęboko zakorzenioną, ale... od kilku lat(lat!) używam go sporadycznie, kosztując zupełnie innych technik. Już nie mam z tego tytułu wyrzutów sumienia. Czuję potrzebę pewnej chropowatości, surowości i niedopowiedzeń malarsko rysunkowych. Jakby to wszystko, co latami wytrzebiałam z obrazów, miało wrócić w świeżej formie. I mnie porwać. Jeszcze nie potrafię tej potrzeby ubrać w konkretny obraz, ale pozwalam na klucie. Nie żałuję czasu poświęconego na warsztat olejny. Mam solidną bazę, na której mogę tworzyć cokolwiek.

 

Szeroka paleta kolorów

Wiesz, że usiłowałam porzucić malowanie obrazów raz na zawsze? W rezultacie jestem... tu.
Trochę się boksuję, trochę dokucza mi brak czasu i spójności w działaniu. Trochę z kwiatka na kwiatek. Tu malowanie z rysowaniem, tu totabajka, tam czekający na wszycie rękawów płaszcz. Mam nieszczęśliwie rozbudowaną strefę zainteresowań. Stop. Mam szczęście realizować się wielowątkowo. Zbyt długo i zbyt głupio zadręczałam się tym, że muszę zdecydować, wybrać konkretną drogę, być określona. Albo jedno, albo drugie, wybieraj! Wybieram wszystko.
Oj, może nie tak zupełnie wszystko. Zrezygnowałam z prowadzenia krawieckiego bloga, ale nie z krawiectwa. Nie poszłam na kurs kaletniczy. Nie uczę się fotografii analogowej. Odłożyłam, póki co, płótno, ale odkrywam możliwości papieru. Zjadam kredki. Nie piszę wierszy. Reaguję alergicznie na telewizję, w zamian wysiaduję godzinami w kinie. Uczę się dostrzegania w galimatiasie szerokiej palety kolorów.

 

Kiedy ostatni raz robiłeś/aś coś po raz pierwszy?

Widywałam ten napis na murze kamienicy, bodajże w Podgórzu, wiele razy i wzruszałam ramionami. Dziś pytam o to Ciebie.
Lubisz, nowości, zmiany, wyzwania, czy, jak ja, potrzebujesz czasem kopniaka? Znasz most na Sanie w Jarosławiu? Może masz swój, gdzie indziej?
Podziel się ze mną swoim mostem 🙂

 

Joanna

 

Wstępowanie do rozstawionych po drodze zastępów rodziny było elementem obowiązkowym podróży. U każdego należało coś zjeść.

** Tak, w czasach mojego dzieciństwa dzieciom na chorobę lokomocyjną aplikowano aviomarin, a rodzice stosowali groźbę i szantaż jako narzędzia pertraktacji. Przeżyliśmy, jesteśmy mniej więcej zdrowi, od lat potrafimy zrobić sobie kanapkę przy użyciu noża i nie odciąć przy tym palców.

*** Rozryczałabym się.

obraz na płótnie pastele olejne kogut z błękitnym grzebieniem na czerwonym tle

Do stworzenia grafiki na górze wykorzystałam zdjęcie swojego autorstwa  i fragment  obrazu Powroty, który w całości możesz obejrzeć tutaj.

Na dole tekstu fragment obrazu Kresy, całość tu.

9
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
Plan na plan – Joanna Krzepina ArtJoanna KrzepinaEwa ZielińskaTroszeczkujaro Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
jaro
Gość
jaro

dobrze sie boksowac i wygrywac,źle się botoksować 😉 a tak serio to czasem nie moge sie zdecydowac czy lepiej piszesz,malujesz,gotujesz czy wyprzedzasz tiry…

Troszeczku
Gość
Troszeczku

Ty spełniłaś marzenie o przejechaniu mostu, ja być może spełnię marzenie o mojej nysie i kundlu jako towarzyszu podróży 🙂
Chociaż niedawno kundel z miejsca obok pasażera z przodu musiał przeskoczyć na tył… 😀

Ewa Zielińska
Gość

Nieprawdopodobny jest klimat Twoich obrazów. Taki kosmiczny 🙂 Będę tu często zaglądać!

trackback

[…] Prawo jazdy, o którym wspominam tu i tam […]