Jak zacząć pisać regularnie?

komentarze Brak komentarzy

Cześć!

 

Uwielbiam pisać i jednocześnie właśnie do pisania najtrudniej jest mi się przełamać.

Przełamać i utrzymać regularność w tej kwestii.
Kocham pisać od podstawówki – wypracowania wspominam jako jedyną, chyba, aktywnością szkolną, której oddawałam się z pełnym zaangażowaniem.
Nigdy nie byłam sumienną uczennicą. W szkole dryfowałam gdzieś daleko od sedna sprawy, czując głównie zagubienie i strach.
Strach… Planowałam dokończyć artykuł o strachu*, którego spory kawał przywiozłam na wiosnę(!) ze wsi.
Plan modyfikuję w związku z pewną życiową zmianą.
Kontynuację cyklu o emocjach i trudnych cechach rozpoczętą tekstem Introwertyzm. Jak nie zdziczeć do reszty i pozostać sobą?

przekładam na październik. Z październikiem zaczynam pracę na własny rachunek. Trzymaj za mnie kciuki najmocniej, jak potrafisz.
*Przywiozłam ze wsi kawał artykułu, nie strachu.

 

 

Żeby to miało ręce i nogi.

 

Poniższy, nie lubię tego słowa, poradnik, powstał na bazie notatek, jakie sporządziłam dla siebie, celem przyprawienia kończyn mojemu pisaniu. Zebrałam w nim i uporządkowałam wnioski, do których doszłam po dogłębnym przeanalizowaniu własnych doświadczeń w tym obszarze.
Tekst dotyka organizacyjnego, technicznego aspektu pisania i muska tematykę przełamywania się. Nie uczę w nim jak pisać w ogóle. W sensie literackim.
O przełamywaniu się do działania pisałam szerzej w artykule Rozwiąż się. Dobre rady na blokady do którego możesz wskoczyć w każdej chwili. Jest fajny i ma ilustrację, z której jestem dumna.

 

Czy pisanie jest Ci pisane?

Ściśle, czy jest Ci ono naprawdę potrzebne? Jeśli tak – do czego?
Podczas przygotowywania pierwszego szkicu mojej strony internetowej wyrysowałam automatycznie zakładkę blog, nie zastawiając się specjalnie nad zasadnością jej istnienia.
Blog ma być. Lubię i potrafię pisać. Kropka.

Te, jakże konkretne, powody, dziwnym trafem okazały się niewystarczające.

Miesiącami wnętrze mojego bloga meblowały:

  • Pierwszy wpis pod tytułem Inauguracja w którym głównie się wstydzę, trochę przedstawiam i serwuję konkurs na kolorowankę.
  • Rzadko rozsiane, zrodzone z wyrzutów sumienia treści.
  • Dylematy, czy aby nie powinnam się zamknąć.

Oczywista zakładka blog z pestki wyrosła w szeroko rozgałęziony dowód mojej niesłowności.
Dopiero kiedy sprecyzowałam cele, w osiągnięciu których pisanie ma mi pomóc, drgnęło.

 

O czym będę pisać?

O czym? O rany, no jak o czym, o obrazkach, a o czym niby mam pisać na stronie poświęconej obrazkom?
Idea prowadzenia specjalistycznego, monotematycznego bloga była grząska, ale zanim spostrzegłam, że gubię ulubione kalosze, dobrą chwilę upierałam się w nią ładować .

 

Jaką funkcję ma spełniać Twoje pisanie?

Funkcję? Oj, no nie wiem, bloga będę prowadzić na stronie. Może jakieś pozycjonowanie na słowa czy jak to się tam nazywa. Nie zastanawiałam się nad tym.

Błąd. Powyższe pytanie, zadane odpowiednio wcześnie, pozwala oszczędzić wielu rozterek. Od funkcji zależy sposób pisania.
Sposób pisania? Umówmy się, że jeśli zachcę aplikować na poważne stanowisko w poważnej pracy, moje CV będzie poprowadzone inaczej, niż tekst, który właśnie czytasz. Najpoważniejsza w moich wyobrażeniach stanowisko to, naturalnie, opiewana przez pana Jacka, Księgowa Domu Kultury.

Czy natchnienie jest potrzebne?

Nie twierdzę, że natchnienie jest bzdurą. Może Cię zaskoczę, ale długo pisałam głównie… poezję. Białą, lecz jednak poezję. Wierzę w moc natchnienia, jednocześnie wyznając warsztat.
Natchnienie przychodzi i odchodzi, nad warsztatem mogę pracować kiedykolwiek. Brak warsztatu uniemożliwia należytą realizację natchnienia. Natchnienie nie jest konieczne do warsztatowych ćwiczeń. Wyjątkowy urodzaj natchnień sprowadza ryzyko konwulsji.

 

Kiedykolwiek, czyli, najprawdopodobniej: nigdy.

Czas, jaki chcę poświęcić na pisanie wpisuję w kalendarz.

Zanim wpiszę odpowiadam na pytania:

  • Kiedy będę pisać?
  • Jak często?
  • Jakimi porcjami?

Aha. Założony czas musi być realny. Realny, czyli taki, jakim rzeczywiście, bez naciągania i samooszustw, dysponuję. Realny, czyli taki, w którym zmieszczę konkretne zadanie.
Nauczyłam się już nie zakładać, że napiszę artykuł i zrobię do niego ilustrację w dwie godziny, gotując przy okazji zupę.

 

Ciurkiem czy etapami? Klawiatura czy zeszyt?

 

Własny rytm pisania. Tego trzeba się nauczyć, doświadczając.

Skoro wiem, że jeden artykuł z prostą ilustracją zajmuje mi średnio 10 godzin, to rozbijam sobie te 10 godzin na mniejsze bloki, które rozmieszczam w harmonogramie. Jeśli dysponuję 10 godzinami w kupie rozważam, czy aby na pewno będę w stanie oddawać się tak długo jednej czynności.
Robię przerwę gdy zauważam, że koncentracja naprawdę siada. Podczas przerwy staram się poruszać, oderwać, odpocząć.

Pilnuję, by nie pochłonęły mnie inne rzeczy. One nieustannie czyhają.
Pierwsze, ogólne hasła i uwagi zazwyczaj notuję na kartce.
Rozwijam temat za pomocą klawiatury. Tak mi najwygodniej. Kopiuj, wklej, wytnij. Zmień kolor.
Najefektywniej działam rano, więc planując, biorę pod uwagę również porę dnia.

 

Leżakowanie przed redakcją.

Dobrze, żeby tekst miał szansę chwilę poleżakować przed ostatecznym redagowaniem. Leżakowanie umożliwia świeże spojrzenie. Pod pojęciem redagowanie rozumiem techniczne poprawki gotowego tekstu.
Jeśli mam możliwość, proszę kogoś o przeczytanie materiału przed publikacją. Redaguję sama.

Zwracam uwagę, między innymi, na:

  • powtórzenia
  • zgrzyty
  • składnię
  • długość zdań i całych akapitów
  • interpunkcję
  • literówki
  • zbędności
  • logikę wywodu
  • płynność całości
  • czy jest ciekawie

No pewnie, że zawsze coś mi umknie, niemniej jednak uważam ten etap za ultraważny.
Pamiętając o nim i zapewniając mu czas, zwiększam szanse na dokończenie rozpoczętego przedsięwzięcia. Kończąc to, co zaczęłam, umacniam postanowienia. Czuję sprawczość.
Nic mnie tak nie demotywuje, jak 15 rozgrzebanych historyjek.

 

Lista tematów.

Sporządzona zawczasu lista tematów po prostu ułatwia życie.

 

Rozpisywanki warsztatowe a pisanie właściwe.

Rozpisywanki, w przeciwieństwie do pisania właściwego, nie zawsze trzeba ściśle planować. U mnie ostatnio tę funkcję pełni Instagram, gdzie piszę sporo i często, a tematy wypływają spontanicznie i naturalnie.
Pisanie właściwe wymaga o niebo większego nakładu czasu i pracy. Pisanie właściwe zawsze umieszczam w plannerze. Teraz moim pisaniem właściwym jest blog. W przyszłości, być może, będzie nim książka.

 

Zaangażowanie

Sprawa kluczowa, bez względu na obszar twórczości. Im bardziej angażuję się w to, co robię, tym lepsze mam rezultaty. Nie potrafie na dłuższą metę zajmować się czymś bez zaangażowania. Angażuję się, kiedy: widzę sens nic mnie nie rozprasza mam spokojną głowę działam bez presji i pośpiechu.
Pisząc poruszam tematykę, w której czuję się dobrze i swobodnie. Nic na siłę.

 

 

Dyscyplina pracy

Dyscyplina pracy polega w dużym uproszczeniu na tym, że kiedy mam już rozmieszczone w czasoprzestrzeni owo zaangażowane, wynikające z wewnętrznej potrzeby pisanie, umieszczam tyłek w fotelu, biorę laptopa na kolana i piszę, a nie bawię się telefonem, albo zajadam ciastka, udając zapracowanego inteligenta.
Rozpraszacze trzymam z dala od miejsca pracy.
Miejsce pracy mam wygodne i sprzyjające.
Do pracy siadam najedzona i wyspana.

Wodę do picia trzymam pod ręką.

 

Szukaj drogi, nie toru przeszkód.

Pozapisywałam się na rozmaite newslettery. W wielu przypadkach nie pomnę już, o co chodziło.

Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, iż świat uparł się edukować mnie w zakresie władania słowem. Wina, oczywiście, leży po mojej stronie. Istnieje, lub powinna istnieć, możliwość prostego wypisania się z tego rodzaju imprezy, a mnie wypadałoby z niej skorzystać.
Mimo wszystko uczucie towarzyszące temu, że chce mnie uczyć pisać osoba, której listu nigdy nie daję rady doczytać, jest frapujące.
Prawie tak samo jak to, iż nie przypominam sobie, by którykolwiek z newsletterów na jakie się zapisywałam, miał dotyczyć stricte warsztatów pisarskich. Nieistotne.

Czyżby?

Po pierwsze, w świecie nadmiaru, dokładanie sobie kolejnych bodźców, które trochę nużą, czasem bawią, lecz jednak ciut irytują, nie pozostaje bez echa dla ogólnego funkcjonowania.
Po drugie, w chaosie informacyjnym łatwo przeoczyć informacje istotne.
Po trzecie – czytając, choćby pobieżnie, coś, z czego najprawdopodobniej nigdy nie skorzystam, marnuję czas.
Po czwarte i najciekawsze, zauważyłam, że z każdym kolejnym mailem destabilizuje się mój prywatny plan związany z tematem i przy okazji zaczynam czuć się niekompetentna w tym, co robię. Jeju, może faktycznie powinnam wziąć udział w tych ćwiczeniach i wyostrzyć pióro, zanim wezmę się za cokolwiek?
Furtka otwarta na punkt wyjścia. Chcę pisać, lecz nie piszę. Najpierw kurs, na który akurat nie mam kasy. U osoby, której akurat nie umiem przeczytać do końca. Litości.

Kilka razy złapałam się na odkładaniu czegoś w nieskończoność według powyższego schematu. Ostatnio, kiedy budowałam sklep tutaj, na stronie.
Miesiącami czekałam na kurs u konkretnej osoby,nie doczekawszy się kupiłam pierwszy lepszy materiał edukacyjny dotyczący Woocommerce. Okazał się tak beznadziejny i niezrozumiały, że koniec końców poradziłam sobie z zagadnieniem samodzielnie. Sklep działa.
Jestem dużo lepsza w pisaniu, niż w budowaniu e-sklepów.

Kończ!

Nigdy nie wyczerpię tematu tak, jak mogłabym go wyczerpać, gdyby… Stop.
Wydaje mi się, że lekki niedosyt po domknięciu rozdziału jest nieunikniony.
Trzeba z tym żyć.
Powtarzam sobie, że niedosyt działa lepiej niż przesyt. Nie tworzę scenariusza telenoweli wenezuelskiej, choć na pierwszy rzut oka mogę sprawiać takie wrażenie.

 

Czas na Ciebie.

Jak zawsze, bardzo mnie ciekawi, co Ty na to.

Jestem przekonana, że każdy ma jakąś autorską metodę utrzymania regularności w działaniach. Wymieniając się nimi, możemy tylko zyskać.

Pozdrawiam Cię serdecznie i wyglądam Twojego zdania.

 

Joanna

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o