Introwertyzm. Jak nie zdziczeć do reszty i pozostać sobą?

komentarze 16 komentarzy
plakat wydruk obraz alicja biały królik

Cześć!

Podobno mówić nauczyłam się wcześniej niż chodzić i wcale nie było tak, że chodzić zaczęłam wyjątkowo późno.

Jedna z anegdot dotyczących mojego bytowania w społeczeństwie, podaje, że wprowadziłam w stan osłupienia współpasażerów dalekobieżnego pociągu komunikatem o cholera, zatrzymał się, zdecydowanie nazbyt dojrzałym jak na moją spowitą w tetry postać.


Podobno –ja akurat nie pamiętam. Filmowanie należało wówczas do kategorii niepowszedniej, wręcz amerykańskiej. Służyły do tego kamery video, będące w posiadaniu niektórych bogatych ludzi. U nas tego nie było. Jeśli filmowanie, hipotetycznie, odbywać by się miało za pomocą telefonu, jego kategoria z niecodziennej ewoluowałaby do sajens fikszyn.
Aparat wisiał na ścianie, miał okrągłą tarczę i kręty kabel, a rozmowy międzymiastowe zamawiało się za pośrednictwem centrali telefonicznej.
Międzymiastowy, tfu, międzypokoleniowy przekaz ustny, jak wiadomo, przypomina nieco wspomniane wyżej urządzenie w wydaniu głuchym, więc nie upieram się przy precyzyjności historii z cholerą, niemniej jednak, opowiadano mi ją wystarczająco często, by wyżłobiła trwały ślad na moim wyobrażeniu o sobie.

Jeśli wierzyć starszemu pokoleniu, byłam dzieckiem, które:

  • żarło chrabąszcze
  • histeryzowało na widok osób w białych ubraniach
  • mówiło przed ukończeniem pierwszego roku życia.

Być może to pierwsze, prawdziwe bądź wmówione, kolejowe faux pas spowodowało późniejsze zamknięcie się w sobie i szafowanie darem mowy nader oszczędnie, gdyż ja pamiętam odmienną rzeczywistość.

 

Czy ona potrafi mówić?

Bielsko przyjechało – hasło w słuchawce, zaszyfrowany rozkaz, na który trzeba było rzucić wszystko, przebrać się w ludzkie ubrania i ruszyć na spotkanie rodziny od strony ojca.
Szło się na skróty, przez działki, dokładnie tędy, którędy teraz za skarby świata się nie przejdzie, bo drogę zabarykadowało nowe osiedle.
Realnie nic strasznego w krewniaczych spędach nie było. Rozgadane ciotki, odkarmieni wujkowie, śmiałe kuzynostwo. Czyli, najpierw, przemarsz przez działki w przyzwoitym przebraniu, potem dzwonek, schody, (pies, żeby wyszedł pies, zawsze to raźniej z psem), obity boazerią hol, dwa lustra i wypchany bażant, nagle dziwnie swojski, (no gdzież ten pies, Dago, Dago, gwizdać nie wypada), i na nieuchronny koniec kuchnia –bulgoczące epicentrum wydarzenia. Dzień dobry, grzęznące w gardle wraz z sercem. Przywitaj się. Powiedz głośniej. Nie słyszą.

Dzień dobry. Chwilowa cisza i ty pośród tej ciszy jak kołek, debil, niemota. Zielone PCV na podłodze. Nigdzie ani śladu psa.

Coś taka chuda?! Czy ty coś jesz? Sama przyszłaś? Gdzie masz mamę? W której jesteś klasie? Co u ojca? Uśmiechnij się! Czy ona potrafi mówić?

Mimo tego, iż głęboka i mętna sadzawka dzieciństwa kusi różnorodnością zatopionych w niej traum, nie będę ich teraz wyławiać. Autobiografie pisuje się na innych etapach twórczości, więc niespętana chronologią wynurzę się teraz. Tutaj, w dorosłości, jakkolwiek ją pojmujemy.
Prawie 30 lat później mam głęboko w sobie tamtą sparaliżowaną nieśmiałością kilkulatkę, ale jakoś sobie jednak na świecie radzę, z lepszym bądź gorszym skutkiem.
Utrzymuję satysfakcjonujące relacje społeczne, bywam w rożnych miejscach, poznaję nowych ludzi, chodzę do pracy, na jakieś spotkania, uczestniczę w wydarzeniach, dwa razy w tygodniu uczę się rosyjskiego poza domem w grupie i gadam niepytana, chociaż nie umiem.

Krótko mówiąc , nie wiodę życia w szafie. Mam za sobą trochę bolesnych zderzeń z rzeczywistością, ale i tak stawiam na bycie w miejsce bywania.

Jak już niejednokrotnie na tym blogu wspominałam, od kilku lat walczę o siebie, zamiast ze sobą. Zamiast siedzieć skulona w pozornie bezpiecznym kącie, usprawniam swoje funkcjonowanie. Tak, żeby się nie izolować i równocześnie nie wypleniać siłą tego, co stanowi trzon mojej osobowości.

Jeśli należysz do grupy osób zamkniętych w sobie, z tendencją do rozległych przemyśleń i upakowywania emocji wewnątrz – jest wysoce prawdopodobne, że znajdziesz tu coś dla siebie.
Jeśli nie należysz do tej grupy… czytaj! Może znajdziesz tu coś, co pomoże Ci zrozumieć kogoś innego niż Ty.

 

Elektrownia atomowa. Czy introwertycy wybuchają?

Ekstrawertyk bywa jak petarda, burza z piorunami, nagła ulewa, po której zaraz świeci słońce.
Ekstrawertycy oczyszczają się regularnie i niejako automatycznie, często nawet nie zdając sobie sprawy z tego procesu.
Introwertyk przypomina raczej elektrownię atomową – tajemniczy, latami funkcjonuje bezgłośnie, jednak jeżeli już dojdzie do wewnętrznej poważnej awarii i wybuchu, zazwyczaj nie ma czego zbierać.
Dzieje się tak dlatego, że osoby introwertyczne często gromadzą emocje przed długi okres czasu i nie wypuszczają ich na zewnątrz. Jakby wpychali kolejne książki do ponad miarę już wypełnionej biblioteczki.
Dlatego bardzo ważne jest odnalezienie swojego sposobu na uwalnianie się od wewnętrznego nadmiaru i stosowanie go.

 

Wentyl bezpieczeństwa.

Trudność w uzewnętrznianiu się może prowadzić do czegoś, co nazywam wewnętrznym ściskiem.
Wewnętrzny ścisk – niepokój, poczucie zagrożenia, smutek znikąd, spadek, tudzież wahania, nastroju, płaczliwość, lub właśnie, że nie będę płakać!

U mnie wewnętrzny ścisk fizycznie objawia się, między innymi, potężnym bólem między łopatkami i dłońmi zaciśniętymi w pięści podczas snu.
Wentyl bezpieczeństwa. Aktywności ku zniwelowaniu napięcia.
Dbam, żeby nie krzywdziły nikogo i żeby część z nich była możliwa do zrealizowania natychmiast.
Bo co mi z tego, że świetnie wentyluję się, pływając, skoro w danym momencie siedzę w pracy i tak się składa, że nie jestem płetwonurkiem?

Zatem, w pracy i we wszystkich innych ograniczających wybór miejscach, sięgam po to, co zawsze mam przy sobie i co jest nieinwazyjne.
Są to, powtarzanie wszędzie do zarzygania, ale zadziwiająco skuteczne:

  • głęboki oddech
  • klasyczne liczenie do dziesięciu
  • świadomość, że co by się nie działo to tylko praca. Wszyscy jesteśmy ludźmi i szanujemy się wzajemnie.

Zanim wyjdziemy z pracy zaznaczę, że już się nauczyłam nie pracować w miejscach, gdzie tego wzajemnego obustronnego szacunku brakuje.

Oprócz oddychania i liczenia mój wentyl tworzą, między innymi:

  • Pisanie. Dawniej regularnie zapełniałam całe zeszyty, teraz wystarcza mi podsumowanie tygodnia, miesiąca, czy, czasem dnia, w plannerze. Zapisując nie silę się na literackość. Nikt poza mną tego nie ogląda. Bazgrolę!
  • Spacery. Po prostu spacery. Fraza niewymagająca objaśnia.
  • Joga.Jogę odkryłam stosunkowo niedawno i już sobie nie wyobrażam dobrego tygodnia bez niej. Najbardziej cenię sobie wygibusy.
  • Wygibusy – jedno z moich ulubionych słów. Przewija się tu i tam i przewijać będzie. Wygibusy bywają fizyczne, umysłowe, mentalne. Wygibusy są na przykład wtedy, kiedy usiłujesz, w warunkach domowych, z osobą towarzyszącą, napełnić kulkami styropianu ogromny szmaciany wór, nie wybuchając przy tym śmiechem. Wczorajszy dzień spędzony z siostrą przy przetwarzaniu pomidorów, był jednym wielkim Wygibusem. Mamy na to świadka.
  • Kino. Samotne wyjście do kina jest dla mnie lekiem na całe zło. Jeśli jeszcze nauczę się płakać na filmach, będę mistrzynią oczyszczania karmy.
  • Gotowanie. Czasem, jak coś się we mnie za mocno kłębi, po prostu muszę ulepić pierogi. Po pierogach kłęby znikają. Nie wiem, może pcham je z farszem do środka i rzucam bliskim na pożarcie.
  • Obrazki. Obrazkami mogę opowiedzieć wszystko, co wymaga uwolnienia.
  • Pływanie, jeśli tylko jest ku temu okazja.
  • Rower. Takie tam niewymagające sporty.
  • Jazda samochodem, ale nie każda i nie zawsze. Najlepiej daleko, szybko i na wschód. To jest bardzo ciekawy punkt. Odkąd zrobiłam prawo jazdy wewnętrzny ścisk jakby zelżał. Możliwe, że to jedynie złudzenie wynikające z zakończenia długofalowego komediodramatu poprzedzającego zdany egzamin. W artykule Kresy-kilka rozrzuconych obrazów opisałam pierwszą dłuższą wycieczkę z perspektywy kierowcy.
  • Rozmowy, czyli coś, przy czym mówią i realnie słuchają wszyscy uczestnicy wydarzenia.
  • Ludzie. Mimo przepastnej potrzeby samotności bardzo lubię innych ludzi i spędzanie z nimi czasu. Ogromnie cieszę się z tego, że od bardzo dawna utrzymuję tylko wartościowe bliskie znajomości. Odkąd pożegnałam trujące relacje, jest mi zdecydowanie lżej. Bywało przeróżnie.

Ludzie, którzy chcą wejść ci na głowę.

Potrafię uważnie słuchać i jestem daleka od oceniania rozmówcy, natomiast sama zazwyczaj potrzebuję dłuższego rozbiegu, żeby opowiadać o sobie. Do mnie gada się dobrze. Niekiedy zbyt dobrze.
Spotkałam na swojej drodze wiele osób, które usiłowały mną rozporządzać.Co gorsza, niektórym nieźle szło. Działo się to w okresie prenatalnym mojej asertywności i pewność siebie. Aktualnie, jak pisałam wyżej, spotykam się, prywatnie, jedynie z ludźmi z którymi chcę się spotykać i w takiej częstotliwości, która mi odpowiada. Zanim do tego punktu dotarłam, odbyłam wiele niechcianych spotkań i wysłuchałam morza niepotrzebnych, przytłaczających opowieści.
Dlaczego? Czułam się zobowiązana, nie potrafiłam albo, nawet częściej, nie zdążyłam(sic!) odmówić.
Ciekawostką jest fakt, że naprawdę nigdy nie miałam kłopotu z pomysłem na spędzanie czasu. Posiadałam i posiadam własne zdanie w wielu kwestiach. Potrzebuję dużo wolnego powietrza, a jednak, paradoksalnie, ludzie pochłaniający nałogowo cudzą przestrzeń ciągnęli do mnie, niczym owocówki do nadgniłego banana.
Dlaczego? Usłyszałam kiedyś, że sprawiam, z tym moim lekkim wycofaniem i dystansem, wrażenie kogoś, komu może być wszystko jedno.
Kogoś, kim łatwo będzie kierować.
Dlatego, jeśli nie jestem pewna, czy rozmówca dobrze zrozumiał mój komunikat, dopytuję, powtarzam, zaznaczam jeszcze raz.
Nie podporządkowuję się cudzym planom na mój czas. Uprzejmie, ale wyraźnie określam, rozmyte dawniej, granice. Działa.

 

Brak tak zwanej przebojowości.

Nieumiejętność rywalizacji i rozpychania się łokciami, która, w połączeniu z lękiem przed tłumem wiecznie ustawiała mnie na szarym końcu.
O, rany, ile ja się na ten temat nasłuchałam, ile sama sobie nawrzucałam, zanim do mnie dotarło, że nic nie muszę. Serio.
Nie muszę być pierwsza, gonić się, konkurować, przeciskać, wykrzykiwać. Udowadniać.
Istnieją dziedziny, w których się spełniam bez tych konkretnych cech. W zamian mam kilka innych, dobrze rozwiniętych.

 

Przeżywanie i analizowanie tego, co reszta świata ma gdzieś.

Tego, czyli czego? No wszystkiego. Tę dyscyplinę uprawiałam namiętnie. Dalej przeżywam, bo jak nie przeżywać, jednak analizowanie staram się redukować do minimum. Do mojego minimum, gdyż na totalną bezrefleksyjność nie będzie mnie stać chyba nigdy.
W praktyce wygląda to tak, że owszem, zamyślam się głęboko nad wieloma pierdołami, ale, gdy już w tych głębokościach sunę brzuchem po mule mówię STOP, Joanno, wypływamy. Tam, na powierzchni też coś się dzieje. Dziś jest, najwyraźniej,dzień wodnych metafor. Sadzawka, płetwonurek, muł.

 

Nie bądź dzika!

-Idź. Zapytaj. Porozmawiaj. Spotkaj się. Zadzwoń. Co w tym trudnego?
-Najlepiej od razu zatańczę i zaśpiewam a ty w międzyczasie zrobisz dla mnie piętrowy tort ozdobiony bezikami.
-Zwariowałaś? Nie umiem zrobić tortu!
-Co w tym trudnego?

Myślę, że naprawdę wiele da się zrobić, tylko każdy z nas ma różne predyspozycje.
Ja mam akurat tak, że zrobienie piętrowego tortu ozdobionego bezikami wydaje mi się o niebo łatwiejsze niż, na przykład, rozmowa o pracę. Bycia dla siebie wyrozumiałą w tej kwestii działa lepiej, niż powtarzanie sobie, że jestem nienormalna.
Wyrozumiałość, która polega na tym ze pójdę, zrobię, powiem i będę się koncentrować na tym, co zrobiłam fajnie, zamiast rozpamiętywać każde yyyyyy jakie wydobyło się z moich ust.
Wyrozumiałość nie żąda ode mnie stania się holiłódzką gwiazdą, zamiast po prostu Aśką, która jeszcze niedawno nie była w stanie nagrać filmiku na Instastories.

Nie zaśpiewam i nie zatańczę na tych filmikach i to jest jak najbardziej w porządku. Jestem dzika. Umiem się z tego śmiać. Ale…

 

…Jak nie zdziczeć do reszty?

Mam gorszy dzień. Nie zrobię zakupów. Nie zadzwonię. Ucieknę.
Prawdę mówiąc w ciągu ostatnich dziesięciu lat zrobiłam niesamowite postępy w relacjach ze światem. Zarówno zewnętrznym jak i wewnętrznym. Zmiany dostrzegam głównie w obszarach asertywności, realizacji założonych celów, poczucia sprawczości, wiary i niewiary w siebie.
Proces wciąż trwa, jest trudny, ale satysfakcjonujący.
Jestem sobą. Nie stałam się kimś innym, choć był moment, w którym byłam gotowa wiele poświęcić, żeby się z siebie wydostać. Widziałam same ograniczenia. Za wszelką cenę chciałam znormalnieć, czyli mieścić się w oczekiwaniach innych wobec mnie. Spełniać standardy. Nie malować. Pisałam już o tym w tekście Kim ja właściwie jestem?

Coraz lepiej siebie znam i dzięki temu wiem, mniej więcej, jak oswajać sytuacje, z których dawniej ratowałabym się ucieczką.
Tendencja do uciekania, oczywiście, nie zniknęła, zwłaszcza, że jest dokąd uciekać.
Hej, poczekaj, może to nie takie groźne? Wypracowałam umiejętność odraczania ucieczki.
Od prawie roku, trzy razy w tygodniu, w drodze do pracy, mijam zjazd na autostradę.
Autostradą, gdybym zechciała, mogłabym dostać się aż do Jarosławia. Jarosławia od domu mojej babci na Lubelszczyźnie dzieli jedynie kilkadziesiąt kilometrów. Ani razu nie uległam pokusie. Mogę być z siebie dumna.

 

Tasiemka bez końca.

Kolejny raz czuję, że nie wyczerpałam zagadnienia. Całkiem naturalne odczucie, zważywszy na temat- rzekę. Stawiam tamę i wyczerpuję tym samym limit hydroprzenośni.

Tutaj jest miejsce i czas dla Ciebie.
Napisałam prawie 2000 słów! Teraz potrzebuję przeczytać choć kilka Twoich.
Zależy mi bardzo, żeby ten blog stał się rozmową, zamiast moim niekończącym się monologiem. Nie jestem urodzonym mówcą.

Pozdrawiam Cię serdecznie i czekam na Twoje refleksje,

Joanna

16
Dodaj komentarz

avatar
8 Comment threads
8 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
9 Comment authors
mollimmmAnetJoanna KrzepinaKamila Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Iza
Gość
Iza

Zgadzam sie. Jakby bylo o mnie:)

Basia
Gość
Basia

Trafia do mnie ten obraz szorowania brzuchem po mule. Realnie zobaczyłam siebie jak grzęznę i odpadam z sił na tym dnie 😀 Pozdrawiam i cieszę się z Twoich sukcesów, wiem, że nie przyszły łatwo.

Kinga
Gość
Kinga

Cudowny tekst. Doskonale odzwierciedla te stany, które nie pasują innym.. I teksty typu „o co Ci wogole chodzi. Weź się w końcu ogarnij. Masz rodzinę…” kocham każde słowo, które napisałaś w tym tekście

Marta
Gość
Marta

Dziwnie jest tak czytać o sobie, tyle podobnych przeżyć i przemyśleń. Pamiętam, że jak byłam dzieckiem a do rodziców przychodzili znajomi, to trzeba było im tłumaczyć, że nic nie mówię, bo jestem nieśmiała. Zresztą ta nieśmiałość ciągnęła się za mną przez wiele lat, pomimo że nieśmiałością nie była. Myślę, że zrobiłam ogromny postęp i niektórzy mogą mnie nie oceniać jako introwertyczki. Jednak wciąż dzwonienie do kogoś sprawia mi olbrzymi problem, pójście do fryzjera to katorga, bo nie umiem w miłe rozmówki. Po pracy pełnej chaosu muszę się wyciszyć, nie rozmawiać, nie myśleć, tylko słuchanie muzyki lub czytanie mnie uspokaja. No… Czytaj więcej »

Ewelina
Gość
Ewelina

Tekst bardzo mocno wnikajacy do środka, piękny… Czytając go, uśmiecham się, przypominam sobie niemal identyczne sytuację i uczucia, choć kiedyś wcale nie było mi z nimi do śmiechu, a co więcej, znajduje wsparcie i zyskuje pewność siebie i asertywność, której tak bardzo mi brakuje… Dziękuję za to, że dzielisz się „sobą” z nami:)

Kamila
Gość

Nie trzeba być mówcą, by ciekawie pisać, jak widać 🙂 Przybijam pionę w kwestii izolowania się, dzikości, analizowania i przejmowania się wszystkim. Będąc ekstawertykiem, który potrafi zagadać na śmierć… Może dlatego wolę unikać kontaktu z ludźmi, bo tej cechy w sobie bardzo nie lubię. A może generalnie nie lubię ludzi.
Tak czy siak, widzę jak coraz odważniej używasz Stories i po przeczytaniu tego tekstu tym bardziej podziwiam!

trackback

[…] Przełamać i utrzymać regularność w tej kwestii. Kocham pisać od podstawówki – wypracowania wspominam jako jedyną, chyba, aktywnością szkolną, której oddawałam się z pełnym zaangażowaniem. Nigdy nie byłam sumienną uczennicą. W szkole dryfowałam gdzieś daleko od sedna sprawy, czując głównie zagubienie i strach. Strach… Planowałam dokończyć artykuł o strachu*, którego spory kawał przywiozłam na wiosnę(!) ze wsi. Plan modyfikuję w związku z pewną życiową zmianą. Kontynuację cyklu o emocjach i trudnych cechach rozpoczętą tekstem Introwertyzm. Jak nie zdziczeć do reszty i pozostać sobą? […]

Anet
Gość
Anet

Pięknie to ujęłaś.
Ja jestem na początku tej drogi i dopiero próbuję i uczę się stawiać granice. Po ostatnim wieczorze z „przyjaciółkami” i przeżywaniu Ich problemów zrozumiałam, że one czerpią ze mnie, a właściwie, przejmują moją energię, a ja się temu tylko przyglądam. „Bo ja emanuję takim ciepłem i empatią”… a sama wyję w poduszkę 🙁
Wrrr… dość tego.
Dziękuję niewidzialnej sile, że trafiłam na Twój artykuł:)
Pozdrawiam Cię serdecznie, Anet