Efekty uboczne zmieszania.

komentarze 3 komentarze

Podsumowanie wyzwania #barwomieszanie

Cześć!

W ciągu ostatnich tygodni tak mocno przyzwyczaiłam się do pisania w telefonie, że nie byłam pewna, czy w ogóle potrafię sklecić cokolwiek poza nim. Miałam nawet przez moment silny pociąg ku temu, ażeby, zamiast włączać laptopa, lub, Boże broń, komputer, odpalić aplikację notatka i za pomocą kciuków wyklikać temat.

 

Mole, oddalenie, przeterminowany bilet na film.

Szczerze powiedziawszy, ciut mnie na tej kwarantannie przyblokowało. Oddaliło. Wyrzuciło na nieznany, obcy brzeg. Mój własny folder, z tekstami czekającymi na dokończenie, najpierw stanowił coś na kształt palącego wyrzutu sumienia, potem zmienił charakter na wstydliwą, wypieraną przypadłość, żeby wreszcie przybrać postać czegoś w stylu przeterminowanej paczki makaronu, którą wypadałoby ugotować i zjeść, ale ciągle coś staje na przeszkodzie. Trzymam, póki nie zajmą się tym mole.
W artykule Szczegółowe parametry słabości obiecywałam instrukcję kryzysową i nawet ją chwilę później bardzo szczegółowo rozpisałam, lecz zanim zdążyłam opublikować straciła na aktualności, ze względu na te wszystkie punkty w rodzaju idź na spacer, spotkaj się z kimś, wsiądź w tramwaj, wybierz się do kawiarni, kup sobie bilet do kina.

 

Barwomieszanie

Dzisiejszy tekst jest podsumowaniem wyzwania, dotyczącego mieszania barw podstawowych, jakie około dwóch tygodni temu zorganizowałam na moim Instagramie.

Zabawa polegała na uzyskaniu jak najbardziej zróżnicowanej palety przy użyciu trzech podstawowych kolorów( żółty, czerwony, niebieski) a następnie zrealizowaniu za ich pomocą trzech wymyślonych przeze mnie tematów w trzy kolejne dni. Tematami były: krajobraz, roślina, zwierzę. No banał.

 

Co było w planach?

W planach miałam fajną, nieszczególnie skomplikowaną akcję, mająca na celu:

  • trochę kopnięcie się w tyłek, żeby po prostu usiąść i coś konkretnego zrobić, bez względu na okoliczności
  • trochę, wiadomo, rozwój instagramowego konta
  • trochę, przy okazji, oswojenie pewnej techniki malarskiej

Nastawiłam się na doznania szybkie, lekkie i przyjemnie, a dostałam gigantyczną lekcję przedmiotu, którego nie wpisałam w harmonogram.

 

Zawodowa praczka

Od ponad miesiąca siedzę na wsi. Mam przy sobie tylko część mojego artystycznego warsztatu. Głównie kredki. Poza kredkami ołówki, pastele olejne, ekoliny, tusze, słoiczek kryjącej bieli i czyli trzy tubki temper(niebieska, czerwoną i żółtą). Temper nie znoszę, głównie z powodu tego, że nie potrafię się nimi sprawnie posługiwać. W ferworze wpadania na genialny pomysł to ostatnie wyleciało mi z głowy i ustanowiłam tempery narzędziem mojego wyzwania.

Reasumując, wymyśliłam:

  • rodzaj rozrywki
  • jej tematy
  • i jeszcze to, że będę w wyzwaniu uczestniczyć na bieżąco

Dobrze dedukujesz - nie przygotowałam sobie zawczasu żadnych realizacji zagadnień, ani nawet szkiców, czy choćby pomysłów, licząc na to, że wszystko pojawi się w praniu. Owo pranie odbywać się miało każdym dniu imprezy od świtu, do godziny mniej więcej dziewiątej rano, tak, żebym przed południem miała już gotowy post z olśniewającym, zachęcającym do udziału w przedsięwzięciu, obrazkiem na zadany temat. W końcu co spontan to spontan, nie?

 

Czterodniowe zajęcia praktyczne z pokory

Pierwszy dzień wyzwania (szeroka paleta) przebiegł nawet gładko, czyli najpierw przez kilka godzin przygotowywałam w Canvie plansze, które miały mi zająć 40 minut, a potem faktycznie tę paletę z dużą przyjemnością uzyskiwałam i na gorąco relacjonowałam efekty w instastories.

Dzień drugi (krajobraz), zaczynałam na totalnym luzie a kończyłam, prawie płacząc, BEZ krajobrazu. Znaczy intensywnie go przez większość dnia malowałam. Nawet nie jeden. Żadnego nie udało mi się skończyć i tym sposobem, temat, który uważałam za najłatwiejszy, pesteczkę, bułę z masłem (bo cóż trudnego może być w namalowaniu krajobrazu?) przeczołgał mnie tak, że zastanawiałam się, czy aby na pewno ja, Joanna Krzepina, jestem autorką całego mojego portfolio, bo chyba zaszła jakaś idiotyczna pomyłka.

Trzeciego dnia (roślina) miałam do wyboru dwie drogi: kontynuować zadręczanie się, albo podejść do sprawy zupełnie inaczej. Wybrałam to drugie i od samego rana nastrajałam się na jak najbardziej świadomy proces, bez żadnych oczekiwań dotyczących efektu końcowego. Na poziomie głowy było to niesłuchanie trudne zadanie, choć, patrząc z boku, po prostu siedziałam i bawiłam się farbami. Z zabawy niespodziewanie wyrosły kaktusy, które naprawdę mi się podobają.

W czwartym, ostatnim, dniu wyzwania, rozochocona sukulentowym sukcesem, na moment zeszłam z dobroczynnej ścieżki procesu i usiłowałam, bezskutecznie, stworzyć realistycznego ptaka, zbliżając się, tym samym, do stanu frustracji z dnia drugiego.  Na szczęście dość szybko oprzytomniałam i , wykorzystując gamę szarości z obrzeży palety (ściśle talerza) machnęłam bardzo prostego, ale fajnego wieloryba, z którym polubiłam się tak, że kilka dni później, wciąż za pomocą wstrętnych temper, domalowałam mu towarzysza.

kliknij i zobacz post na Instagramie 🙂

Czemu piszę akurat o tym aspekcie wyzwania?

Przecież mogłabym, zamiast koncentrować się na tym, że straciłam kontrolę i spokój, a następnie je odzyskałam, napisać obszerną, techniczną rozprawkę na temat barw podstawowych i ich pochodnych, opierając się na tym, co wymieszałam pierwszego dnia, a wymieszałam naprawdę dużo.
Piszę akurat o tym, ponieważ wszystko, co działo się niejako przy okazji, okazało się bardziej znaczące, niż szeroka gama zgaszonych fioletów, jaką udało mi się wyciągnąć.

Jestem nieomal pewna, że w zwyczajnych okolicznościach moja przygoda z trzema kolorami temper zakończyłaby się w drugim dniu. W chwili, kiedy dotarło do mnie, że nie jestem w stanie dokończyć żadnego, najmarniejszego obrazka, a co dopiero tego wymiatającego w kosmos dzieła, co je sobie życzyłam mieć do pokazania. Tego, którego presję sobie podświadomie narzuciłam. Że nie będzie EFEKTU.

W pierwszym odruchu, rozpaczliwie próbując jednak ten efekt wykrzesać, napisałam obszerny post wyjaśniający moją porażkę jako organizatora wyzwania(tak to widziałam) i opublikowałam go, wraz ze zdjęciem nieukończonego pejzażu, tylko po to, żeby chwili go usunąć i poczuć pustkę a za chwilę… ulgę.

Wyzwanie barwomieszanie pokazało mi dobitnie, jak bardzo, gdzieś po drodze, zatraciłam naturalną radość z procesu, która dawniej była główną siła napędową większości moich działań. Dało sygnał, że dzieje się coś niepokojącego, skoro tak trudno jest mi przyjąć brak szybkiego efektu, więc należy się nad tym pochylić uważniej na co dzień.

Zorientowałam się, że jakaś cząstka mnie uporczywie potrzebuje coś udowadniać światu.

Że cały ten gęsty marazm dnia drugiego nie był spowodowany niedokończonym krajobrazem, a moimi wyśrubowanymi oczekiwaniami wobec samej siebie. Otrząsnęłam się z niego w momencie, gdy do mnie dotarło, że inne osoby biorące udział w akcji, najwyraźniej czerpią z niej radość.

Nauczyłam się również, w jaki sposób nie podchodzić do organizacji wyzwań 😉

 

Na deser kilka słów o wyzwaniu od uczestniczek:

kredkowisko

Zadeklarowanie się do wzięcia udziału w wyzwaniu dyscyplinuje do tworzenia nawet gdy okoliczności nie sprzyjają.  #barwomieszanie było bardzo motywujące. Odkryłam, że nie potrzebuję zakupić nie wiadomo jak wypasionej palety żeby uzyskać ciekawe barwy.  Dziękuję za to wyzwanie ❤

joanna.gipka

Barwomieszanie wywołało u mnie nienasycony głód wiedzy na temat kolorów . To jak się ze sobą łączą , jak oddziałują na siebie , jak działają na ludzki mózg . Dla mnie to dopiero początek nowej podróży przez kolory 💛❤️💙

justynar88

💖 to było ciekawe wyzwanie, przypomniałam sobie, że trzy kolory to bardzo dużo rozwiązań.

rudziejka

Barwomieszanie było czymś, o czym myślałam od jakiegoś już czasu.

To są takie podstawy, które poznajemy na samym początku przygody z plastyką. Nie mam na myśli tylko plastyki w podstawówce. Ten temat obowiązuje także studentów sztuk pięknych, artystów samouków oraz hobbystów, chcących malować, tworzyć świadomie.

Mam jednak wrażenie, że po tym etapie bardzo szybko zatracamy się w bogactwie oferowanych przez rynek kolorów i odcieni farb czy pigmentów. Nic dziwnego - to maksymalnie ułatwia i przyspiesza tworzenie a może nawet samo z siebie (jako kolor, odcień) inspirować do tworzenia, oraz najzwyczajniej w świecie często zachwyca.  Osoby wrażliwe na kolory będą ulegały chętnie tym zachwytom nad barwami i odcieniami wyprodukowanym przez daną firmę i podanymi nam na tacy do podziwiania i korzystania. Takie produkty mają jeszcze jedną zaletę - w przypadku, gdy chcemy malować większe powierzchnie lub często wracać do danego koloru, nie będziemy mieli problemu z utrzymaniem tego samego odcienia na wybranej przez nas powierzchni. Przy mieszaniu dużych objętości farby i konieczności jej dorabiania utrzymanie odcienia może stanowić prawdziwe wyzwanie!

Muszę zaznaczyć, że nie mam na myśli tylko używania koloru prosto z tuby, a również mieszanie koloru z tuby z innymi. Dodawanie mniejszych ilości kolorów uzyskanych do gotowej "bazy" naprawdę ułatwia sprawę.

Dostępność produktów dla plastyków, w dowolnej kategorii cenowej jest dziś na tyle duża, że ogromna rzesza ludzi może sobie pozwolić finansowo na zakup wielu kolorów i bawienie się taką rozbudowaną paletą.

-Czy więc powroty do mieszania kolorów podstawowych są w ogóle nam potrzebne?

-Tak!

-Komu?

-Tym, którzy malowanie traktują poważnie w pierwszej kolejności.

Mieszanie barw podstawowych podnosi nasze umiejętności mieszania w ogóle. Rozwija wyobraźnię w tym kierunku. Zmusza nas ten proces do głębszej analizy tego, co widzimy i sposobów, jak to osiągnąć.

Z doświadczenia wiem, że typowym zjawiskiem w sklepach z materiałami dla plastyków są sytuacje, gdy potrzebny "na już, natychmiast" kolor jest chwilowo niedostępny i twórca jest załamany, bo „nie może” dokończyć obrazu na czas, choć tak naprawdę… może.

Często sprzedawca wychodzi naprzeciw, tłumacząc, z jakich innych odcieni czy kolorów można uzyskać to, co potrzeba. Jednak osoba, która nie potrafi mieszać w ogóle, czuje się bezradna i nie podejmując  wyzwania, odchodzi z niczym.

Malowanie według mnie jest procesem angażującym bardzo wiele obszarów w nas i mieszanie kolorów pokazuje nam pełnię możliwości tworzenia. Możemy uzyskiwać odcienie unikatowe, niedostępne innymi sposobami.

Czy zdarzyło się Wam kiedyś stać pół godziny przed obrazem i wpatrywać w niego z powodu niesamowitych, a zarazem głębokich, wielowymiarowych odcieni i barw?

Jeśli tak,  jestem prawie pewna, że malarz uzyskał te barwy przez mieszanie, a nie prosto z tuby.

Mieszajmy, mieszajmy, pokazujmy nasz świat tak, jak czujemy. Ćwiczmy, a efekty będą ogromne!

Hobbystów też zachęcam do mieszania, które może się okazać fajną zabawa. Może się też zdarzyć, że poziom wykonania Waszych prac wzrośnie nagle tak niebywale, że rozpali Was do artystycznej czerwoności! Nic tak nie napędza tworzenia, jak obserwacja własnego intensywnego rozwoju i jego efektów.

Wracając do początku tych moich przemyśleń, myślałam o barwomieszaniu już od jakiegoś czasu, ponieważ sama czułam, że za bardzo się rozleniwiłam pod tym względem i trochę spadły moja umiejętności. Chciałam powtórzyć treningi, ale nie mogłam się do tego zabrać.

Joanna Krzepina stworzyła  wyzwanie w piękny sposób, a ja zmobilizowałam się dzięki temu do pracy (bo nie sama - bo ktoś "pilnuje" 😉 ).

Moje  wykonanie nie było idealne, gdyż wzięłam na stół technikę ogromnie dla mnie trudną, więc miałam podwójne wyzwanie, a jego część dotycząca techniki okazała się sto razy trudniejsza od tej z kolorami. Jednak poczułam, że takie ćwiczenie jak najbardziej się sprawdza, szybko daje benefity i koniecznie powinnam regularnie do niego wracać.

Udało mi się uczestniczyć w dwóch dniach wyzwania (z trzech), bo ostatniego dnia też malowałam, ale pisanki...po części zgodnie z założeniami wyzwania, bo prawie wszystko było namalowane z trzech podstawowych kolorów.

 

 

 

.

 

 

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Paulina
3 miesięcy temu

„…pokazało mi dobitnie, jak bardzo, gdzieś po drodze, zatraciłam naturalną radość z procesu, która dawniej była główną siła napędową większości moich działań…” – to o mnie. Przeanalizowywanie, rozczarowanie rezultatem, presja, zeby bylo take WOW, ze wszyscy wyskocza ze skarpet.

Paulina
3 miesięcy temu

To prawda..

3
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x