Bój się Boga, nieznanego i Cyganów. Felieton o strachu.

komentarze 2 komentarze

Cześć!

 

Bój się Boga, nieznanego i Cyganów. Kolejność dowolna.

Przez lata moje funkcjonowanie w świecie kształtowały lęki.
Kotłownia i schowek na buty, w domu przy ulicy Marteusa, gdzie mnie jakoś ciągnęło. Zwłaszcza do schowka, pod schody. Tam, wśród dziesiątków zadeptanych par był jeden błyszczący samotnik, zwany butem cygańskim. Nie znam rodowodu lakierka, ale cygaństwa starczało na wyobrażenie małego, starego złotozębnego człowieczka, który zaraz zgłosi się po swój trzewik w rozmiarze 32 i razem z nim uprowadzi mnie, dziecko pchające nogę tam, gdzie nie należy. Teraz myślę, że ten Cygan to musiał być Melquiades.

Ciemnozielona zasłona. Za nią w świetle dziennym mieszkały zabawki, a po zmroku Coś. Coś, kiedy spali wszyscy, ale nie ja, rozsnuwało w powietrzu wielobarwne pajęczynki, a one właziły do nosa i uszu. Wciąż mam kłopoty z zatokami.

Utopcy w studniach, wisielcy po rozstajach, białe mogiłki dzieci na peryferiach cmentarza i samobójcy, wedle porządku, za płotem. Piwniczny labirynt pod blokiem. Dębowa, przedwojenna szafa i strachy upchane między wieszakami.

 

Chmury nad lasem utworzyły kształt miotły. Opowieści.

-Mamo, przestań ich straszyć UPA.
-Ja ich nie straszę, oni sami chcą.

Podczas, gdy jedna z babć przechowywała but Melquiadesa, druga nam, gówniarzom, przybliżała własne dzieciństwo tak, że raziło w oczy łuną bombardowania i rozmazywało obraz. Wraz z babcią przeżywaliśmy po raz enty tę wojnę w maleńkiej, mieszanej wiosce na kresach wschodnich. Wojna zabiera ojców i jest najpierw głodem. Głodem, sąsiadem mordującym sąsiada, ludźmi w sercu płonącego domu, splątaną brodą partyzanta. Naprawdę ostatnim kartoflem. Niespodziewaną różnicą między Andrzej a Andriej.

Głęboko wrył mi się w pamięć moment, kiedy Kasienia, starsza chyba od wspomnianego wyżej Cygana, dostrzegła na niebie miotłę, nieomylny znak nadchodzącej wojny.
Specjalistka od wojen, którą długo miałam za nieśmiertelną, wysoka, chuda i rozkudłana, mieszkała naprzeciwko, przez drogę. Droga była pylista, błotnista, albo zmarznięta, Kasienia bosa lub obuta - zależnie od pogody. Paznokcie Kasieni długie, brudne i zakrzywione, niezależnie od wszystkiego.

 

Śmierć.

Pochodzę z rodziny w której pośmiertne albumy fotograficzne nie dosyć, że w ogóle bywały, to jeszcze stały na półce między normalnymi. Nikt nie bronił dzieciom dostępu do półek. Dzieci były zabierane na pogrzeby i do zmarłych, przy których czuwano przez trzy doby. Otwarta trumna stała na stole, w gościnnym pokoju.
Pamiętam głównie zaduch, specjalność i kobiety, śpiewające z tym charakterystycznym zaciąganiem i lwowskim L. Zaśpiew w śpiewie.
Nie, nie czuję strachu, przywołując wspomnienie, choć racjonalność podpowiada, że okropne i niehigieniczne. I, że gdybym miała dzieci, tego bym im oszczędziła. Z drugiej strony siebie samej nie chcę tego obrazu pozbawić.

Śmierć. Nieodłączny elementem życia. Nie wiem, czy udawanie, że się nie zdarza, jest właściwe.
Nie mam kompetencji, żeby rozważać tutaj wpływ symbolicznego pożegnania ze zmarłym, akurat w domu, przy stole. Nie będę ustawiać na szalach zarazków i oswajania straty. Nie chcę. Stara, zaściankowa cząstka mojej duszy przyjmuje, że po coś czuwanie było.

 

Boję się.

Boję się. Codziennie.

  • starości
  • zniedołężnienia
  • utraty bliskich
  • zmian klimatycznych
  • nudnego życia
  • niepowodzeń.
  • że mi się nie uda
  • albo jednak się uda
  • że spóźnię się
  • że będę przedwcześnie
  • że zrobię z siebie idiotkę, jak ostatnio, na lotnisku, kiedy usiłowałam pobrać biletu z części konstrukcyjnej szlabanu, zamiast z właściwego urządzenia
  • że wysiądę na złej stacji

I jeszcze, jak wspominałam w tekście Targi. Sztuka na widelcu. wystąpień publicznych i tego, że któregoś dnia uduszę się, ściągając sweter.

Napotykam od czasu do czasu ludzi deklarujących brak jakiegokolwiek strachu i uprzejme zakładam, że nie kłamią, lecz mimochodem nasuwa mi się pytanie: A może to nieuświadomiony strach przed strachem?
Stan totalnego braku strachu wydaje mi się równie niepokojący, co bojaźń permanentna.

 

Po co ten strach?

Jestem zdania, że strach, w odpowiedniej dawce, jest naturalny i potrzebny. Pełni funkcję systemu ostrzegawczego, pozwala zastanowić się, zawahać, nie rzucać na niesprawdzone wody. Wycofać, przeczekać, bronić się, uciec albo zaatakować. Odróżnić bezpieczne od zagrażającego. Pierwotnie, biologiczne, bez filozofii.
Odczuwanie strachu nie wyklucza bycia odważnym.
Strach wypierany może być straszliwy w skutkach.
Istota pozbawiona strachu jest w gruncie rzeczy bardzo bezbronna.

 

Zbyt straszne.

Gdzie jest problem, skoro ten strach taki pożyteczny?
Fajnie, jeśli odpowiednich rozmiarów i gęstości strach pojawia się jedynie w realnie zagrażających sytuacjach, celem zapobieżenia władowania się w kłopoty. Spełniwszy swoje zadanie znika i uaktywnia się ponownie dopiero, gdy są ku temu realne powody. Nie rozrasta się na obszary życia, w których przeszkadza. Nie ściska gardła w kolejce po pomidory. Nie zaburza codziennego funkcjonowania i nie blokuje rozwoju.
Da się rozwiać. Logiką, ciepłym słowem, zweryfikowaniem sytuacji. Nie zawsze jest fajnie.
Czasem wybujały strach zacienia nieomal wszystkie dziedziny życia. O tym, w zasadzie, chcę opowiedzieć. Przejdźmy do sedna sprawy.

 

Kłopotliwe strachy.

Lęk bez wyraźnej przyczyny.
Jest jak dym wciskający się szczeliną. Na początku nawet nie wiadomo, o co chodzi. Trochę pieką oczy. Pobolewa głowa. Przy niewielkim natężeniu da się z tym żyć, choć męczące, ale może nadejść moment, w którym braknie powietrza. Umówmy się – prawie każdy człowiek raz na czas tego doświadcza.
Lęk bez wyraźnej przyczyny, lekki i występujący sporadycznie ma niewielką szkodliwość. Powtarzający się, silny lub nieprzerwany woła o specjalistę.
Znam go dość dobrze. Czasem ignoruję i przechodzi jak przyszedł. Jeśli nie przechodzi, w większości przypadków pacyfikuję go poprzez ukonkretnienie. Czyli tej przyczyny, choćby rozmytej, jednak szukam. Bo, jak powiedział mi kiedyś pewien mądry człowiek, nie występuje takie zjawisko jak lęk bez przyczyny. Ona jest zawsze gdzieś jest. Schowana, zaciemniona, wyparta, niezauważona, irracjonalna, ale istnieje.

Strach paraliżujący działanie.
To taki jest strach, o którym mogłabym napisać elaborat. Trzymał mnie w garści przez długie lata. Objawia się tym, że Twoje pomysły, potencjalna zmiana, nieomal wszystko, co zamierzasz zrobić i wymaga to od ciebie konkretnego działania, jest blokowane strachem. Stadia są różne. Paraliż może działać wybiórczo lub całościowo. Nie złożysz papierów na studia, nie zmienisz pracy, jeśli pracujesz, albo nie poszukasz, pozostając bez zajęcia. Nie spróbujesz z własnym biznesem, chociaż chcesz. Nie zadzwonisz, żeby się dowiedzieć. W skrajnym przypadku nie pójdziesz po pomidory.
Mam ten obszar przepracowany na terapii dogłębnie, jednak czasem boję się w ten sposób. Ten strach wraca rozcieńczony, głównie w sytuacjach nowych. Albo takich, gdy robię za dużo naraz i czuję, że goni mnie termin. Aktualnie mój sprawdzony sposób na rozbrojenie strachu paraliżującego działanie to zeszyt, rozpisanie zadania na konkretne, niewielkie elementy, wykreślenie zbędności, jeśli są, ułożenie prostego, konkretnego i możliwego do wdrożenia planu i… zrobienie pierwszego kroku, który zbliży mnie do celu. Powtarzam, prosto i konkretnie.
Chcę się uczyć rosyjskiego? No to wciągam na listę rosyjskie fiszki, aplikację w telefonie, znalezienie kursu, a nie wyjazd na pół roku do Moskwy, na który nie mam kasy, choć to podobno najlepsza metoda przyswajania języka. Wpisuję 15 minut nauki w plan dnia i zaczynam od przypomnienia alfabetu i priwiet, dawajtie paznakomimsja a nie od Sołżenicyna w oryginale, pomimo, że o nim marzę.

Potrzebuję pracy? Wklepuję w wyszukiwarkę praca Kraków zamiast jak zarobić milion w 10 minut.

Chcę tatuować? Na dobry początek oglądam filmiki i szukam kogoś, kto wytłumaczy mi, jak działa maszynka.

Poszłabym do kina? No to sprawdzam seanse, zestawiam z moim kalendarzem, wybieram i idę.

I tym podobne.
Jeżeli to, co opisałam przed chwilą, jest niewykonalne z powodu strachu, to znaczy, że najpierw potrzebuję pomocy. Serio.

Strach przed palcem wskazującym.
Bój się Boga, czyli zachowuj się stosownie.
Stosownie, czyli tak, żeby Cię nie wytykali palcami. Żyj jak ludzie, posiadaj jak ludzie, rób i wyglądaj jak ludzie. Nie wypadaj z utartego toru. Bądź w sam raz. Bądź w sam raz. Spełniaj społeczne normy bez względu na to, czy znajdziesz się w społeczeństwie idiotów, czy mędrców.

Strach przed rozwojem.
Odkarmiona wersja powszechnego strachu przed zmianą. Bo rozwój jest całym łańcuch zmian, którego początek masz w dłoni, a końca nie widać. Rozwój, znaczy ten strach przeciwrozwojowy, straszy, że nie wiadomo, co pomyślą, powiedzą i czy powiedzą cokolwiek. Że sobie w rozwinięciu nie poradzę, przywyknąwszy do skulenia. Przede wszystkim sobie nie poradzę. Prędzej uschnę. Gdzie ja do tego? Trzeba było o tym myśleć wcześniej. Przepadło. Temu strachowi lubię zaproponować, żebyśmy położyli się do trumny i zaczekali. Choć może należało zrobić to 20 lat temu. Przepadło?

Strach przed porażką.
Dosyć oczywiste, niewymagające metafor zagadnie. Zawsze jest ryzyko, że nie wyjdzie. No to sobie mówię, że jak nie spróbuję, to się nie dowiem. Że wciąż, najprawdopodobniej, będę istnieć oddychać, myśleć, mieć rodzinę i przyjaciół. Co ważne – przygotowuję zawczasu plan B. I wtedy mogę z pełnym przekonaniem twierdzić, że jeśli mi nie wyjdzie rozkręcenie mojego sklepu, to zadziałam tak, albo tak. Ostatecznie znajdę pracę. Dobrze sobie tę ewentualną porażkę oswoić, tak żeby nie ziała czarną dziurą nicości. Nie nastawiać się na nią, ale mieć na uwadze.

Strach przed sukcesem!
Bardziej od tego, że mi się nie uda, boję się jedynie tego, że się powiedzie. Przykładowo zgłaszam się do czegoś, na czym mi zależy i wiem, że odrzucenie mojej kandydatury będzie przykre, jednak to, co wydarzy się w sytuacji odwrotnej spędza mi sen z powiek. Dokładnie tak czułam po wypełnieniu formularza zgłoszeniowego na moje pierwsze Targi Plakatu.

Strach przed bliskością,
niezwykle silnie spleciony z obawą utraty. Nie zbliżam się zanadto, bo jeśli się zaangażuję, będzie… piekło.

Strach przed nowym.
Oj normalne, że można się obawiać nowego. Przyczyny bywają różne. Większość wymieniłam w poprzednich akapitach. Trochę jestem ciekawa, trochę się boję. Takie zaglądanie przez uchylone drzwi z opcją natychmiastowej ucieczki. Wiadomo.
Sytuacja robi się poważna, jeśli aktualne mnie krzywdzi, a nowe przeraża za bardzo, żeby cokolwiek w życiu zmienić. Relację, pracę, miejsce zamieszkania, wreszcie swoje własne przyzwyczajenia. Nie będę tu analizować podręcznikowego przykładu pranej żony, która nie odchodzi od męża, bo nie wiadomo, co na nią czyha w świecie pozbawionym jego obecności. Dobry chłop, tylko rękę ma ciężką. Fajna praca, tylko kasy nie ma. Zawsze mogło być gorzej.

Strach przed samym sobą.
On występuje na przykład wtedy, kiedy coś mnie wyraźnie uwiera, ale nawet się nad tym nie zastanawiam, bo czuję, że kiedy to nastąpi, zmiany będą nieuniknione, a ja się przecież najbardziej ze wszystkiego boję zmian. Objawia się całym spectrum uników przed samoświadomością. Odpowiadaniem, że u dzieci, ciotki, teściowej, królika, szefa, mamy, czy kto tam akurat jest pod ręką, dobrze, lub, co pozwala bardziej rozwinąć temat, niedobrze, na pytanie: jak Ty się czujesz?

 

Basta.

Tutaj mówię STOP kolejnym odsłonom strachu, bo rozkręciłam się tak, że mogłabym pisać do jutra. Albo odłożyć i skończyć nie wiadomo kiedy, lub nie skończyć nigdy, co, zważywszy na fak, że początki tekstu powstały wiosną, jest wysoce prawdopodobne.
Może tego nie widać, ale ten artykuł mnie przeczołgał. Wyobrażam sobie, że taki jest człowiek, po przebiegnięciu maratonu. Wyczerpany, ale zadowolony. Mogę się mylić, jako że nigdy nie uczestniczyłam w maratonie. O! Jezioro kiedyś przepłynęłam wte i z powrotem, a potem leżałam na brzegu bez sił, szczęśliwa, że się nie utopiłam. Ten, mniej więcej, stan mentalności osiągam po napisaniu niektórych tekstów.

Jeszcze jedno, ważne. Alkohol i inne substancje zmieniające świadomość, jako remedium na strach, są prostą drogą do uzależnienia. Uzależnienie należy leczyć.

 

Domyślasz się, co teraz?

Nic zaskakującego. No, oczywiście, boję się. Bo może nikt nie przeczyta, chociaż wiem, że zawsze Ktoś czyta. Bo może to jednak niepotrzebne, takie rzeczy do Internetu.
Teraz czekam na Ciebie i ufam, że się pojawisz. Powiesz, co myślisz. Że się z czymś zgodzisz, albo nie zgodzisz. Że mi na tym brzegu mentalnego jeziora zwyczajnie rzucisz ręcznik 😉

I... zawsze trudno mi o to prosić, ale Cię proszę. Jeśli uznasz powyższe słowa za wartościowe, udostępnij ten artykuł.

 

Pozdrawiam Cię ciepło,

Joanna

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
JoannaMarta Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marta
Gość
Marta

Przeczytałam, zbierałam się do tego dobrych kilka dni, patrząc na tytuł i wiedząc poniekąd co znajdę w środku. I nie unikałam czytania dlatego, że nie lubię tutaj czytać, ale dlatego że bałam się swojej reakcji. Czyli już na wstępie ten strach. Głupi, irracjonalny. No bo co przeczytanie felietonu może Ci zrobić. Ano może. Może poruszyć, pobudzić do refleksji, zmartwić, kazać się zastanowić nad sobą. I za to Ci dziękuję. Pierwsza moja myśl- nie pamiętam swoich strachów z dzieciństwa. Druga- pamiętam aż za bardzo. Jak tak się chwilę nad tym zastanowiłam to myślę, że niektóre wciąż wpływają na moje życie, mocno.… Czytaj więcej »

Joanna
Gość
Joanna

Dziękuję